Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Capreä i Roma Tom II.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ołtarzami bóstw składali ofiary, a lud niecierpliwy wrzeszczał o krzyże dla winowajców.
Wtém zgiełk ów i wrzawa uciszyły się — Cezara na rękach wyniesiono z pałaców jego; jechał na karkach Germanów pleczystych, w stroju woźnicy, w barwie zielonych, z wieńcem na skroni i biczem w ręku.
W Cyrku bowiem już nań wozy czekały. Tłum zobaczywszy pana zamilkł, a potém jednym głosem zemsty i gniewu począł wołać o śmierć chrześcijan.
— Tak! śmierć podpalaczom!... Niech giną od ognia, jak ogniem święty gród Romula zniszczyli! — zakrzyknął Cezar — niech ich rzucą na pastwę źwierza dzikiego... bo nie warci źwierząt drapieżnych.
Ludu mój rzymski, daję wam ich na zemstę słuszną, na przebłaganie gniewu obrażonych bogów...
Cezar rad był, że mógł trochę się z daklamacyą[1] popisać, ale kaszel wątły głos przytłumił, zwrócił bladą znów twarz do siepaczów, potém do gladyatorów i mirmillonów zgrai towarzyszących mu, i szepnął: — Do Cyrku?
W chwili jednéj oprawcy, czyhający tylko na skinienie, z rykiem dzikich źwierząt rzucili się na bezbronnych chrześcijan.

Była to piérwsza krew niewinnych przelana w Rzymie; piérwsze nasienie rzucone na tę ziemię płodną — ale z jak straszliwém okrucieństwem rozbestwione zgraje wpadły na ofiarę swoją, tego żaden język nie wypowie.

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – deklamacya.