Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski-Capreä i Roma Tom II.djvu/088

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dnicy co imie im dała... Lud ma się gdzie i czém zabawić, a nic go prócz cudzéj krwi nie kosztuje rozrywka.
Na tych często dla przepychu minią i złotem, boraxem i Nilowym piaskiem posypywanych arenach — ubiegają się woźnice, walczą źwierzęta dzikie, chodzą w zapasy gladyatorowie, a lud niespokojny, rozgorączkowany, namiętny, tak nawykł do tych rozrywek, że już się bez nich obejść nie może, i zarówno chleba woła i widowisk, bo mu oboje do życia równie potrzebne... I jedne okręta wiozą zboże i słonie, pantery, lwy, strusie, hypopotamy, których posoką ma się zbroczyć plac boju... a często lud wita żywszym oklaskiem źwierzęta niż chleb, który mu winien Cezar...
Ogromna stolica mieści w sobie co tylko pomyśleć można: posługaczów zepsucia i zbytku, sługi władzy, tłumy niewolników wszelkiéj barwy, tysiące zalotnic, z któremi młodzi i starzy dnie w próżnowaniu spędzają, lupanarów bez końca, łaźni bez liku, termy na każdéj ulicy, tabern i garkuchni tysiące, bazyliki, w których lud schadza się rano by pogwarzyć, kąpiele gdzie się na uczty gotuje, domy w których biesiaduje do jutrzeńki.
Wszelkiego stanu tu pełno, a dziś różnica, co je dawniéj odgraniczała, nie tak widna; prócz niewolnika, który tém czém był pozostał, choć wymówny nauczyciel Cezara wyrzekł już, że i niewol-