Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/369

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Przenosiliśmy się z obszerniejszych wałów w coraz ciaśniejsze.
— A nam co czynić przystoi?
— Nam należy działa, a z niemi co można, zabrać i do starego zamku się przenieść, bo stary na takich skałach fundowan, że i minami ich nie rozsadzą. Zawszem tak mniemał, że nowy posłuży tylko na to, żeby dać pierwszy wstręt nieprzyjacielowi, potem trzeba nam go będzie samym od czoła prochami wysadzić i prawdziwa obrona pocznie się dopiero w starym.
Nastała chwila milczenia i generał pochylił znów stroskaną głowę.
— A jeśli nam i ze starego zamku przyjdzie ustąpić? Gdzie ustąpimy? — pytał złamanym głosem.
Na to wyprostował się mały rycerzyk, ruszył wąsikami i ukazał palcem na ziemię.
— Ja jeno tam! — rzekł.
W tej chwili działa zaryczały na nowo i całe stada granatów poczęły lecieć na zamek, ale że już mrok był na świecie, więc było je widać doskonale. Pan Wołodyjowski, pożegnawszy się z generałem, poszedł wzdłuż murów i przechodząc od jednej bateryi do drugiej, wszędy zachęcał, rady dawał, wreszcie spotkawszy się z Ketlingiem, rzekł:
— A co?
Ów uśmiechnął się słodko:
— Widno od granatów, jak w dzień — rzekł, ściskając rękę małego rycerza — nie żałują nam ognia!
— Działo im znaczne pękło. Tyś wysadził?
— Ja.
— Spać mi się chce okrutnie.
— I mnie, ale nie czas.
— Ba — rzekł Wołodyjowski — i żoniska muszą być niespokojne; na tę myśl sen odbiega.
— Modlą się za nas — rzekł Ketling, wznosząc oczy ku lecącym granatom.
— Dajże Bóg zdrowie mojej i twojej!
— Między ziemiankami — począł Ketling — niema…
Lecz nie dokończył, bo mały rycerz, zwróciwszy się w tej chwili ku wnętrzu zamku, krzyknął nagle wielkim głosem:
— Dla Boga! rety! co ja widzę!
I skoczył przed siebie. Ketling obejrzał się ze zdziwieniem; o kilkanaście kroków na podwórzu zamkowem ujrzał Baśkę, w kompanii pana Zagłoby i Żmudzina Piętki.
— Pod mur! pod mur! — krzyczał mały rycerz, ciągnąc ich co prędzej pod przykrycie blankowe. — Dla Boga!…
— Ha! — mówił przerywanym głosem, sapiąc, pan Zagłoba — daj tu sobie z taką rady! Proszę, perswaduję. „Zgubisz siebie i mnie!“ — klękam, nic! Miałem ją samą puścić, co?… Uf! nic nie pomaga! nic nie pomaga! „Pójdę, pójdę!“ Masz ją!