Strona:PL Henryk Sienkiewicz - Pan Wołodyjowski.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


koło Ewki, mogła z nią rozmawiać i straszyć ją. Więc gdy w zawrocistych wąwozach idące na przedzie oddziały nikły z oczu i poczynały się obwoływać dzikiemi głosami, których przytłumione echo rozbrzmiewało wśród wiszarów, Baśka zwracała się do Ewki i chwytając jej ręce, mówiła:
— Oho! lewensy z odojów, albo orda!
Lecz Ewka, co wspomniała na Azyę, syna Tuhay-beyowego, to uspokajała się natychmiast.
— Jego i lewensy i ordy szanują i boją się go! — odpowiadała.
A później, pochylając się do ucha Basi:
— Choćby do Białogrodu, choćby do Krymu, byle z nim!
Księżyc wypłynął już wysoko na niebo, gdy wyjeżdżali z gór.
Wówczas ujrzeli hen w dole, jakoby na dnie przepaści kupę światełek.
— Mohylów pod nogami — ozwał się jakiś głos za Basią i Ewką.
Obejrzały się; był to Azya, stojący z tyłu sani.
— To tak na dnie jaru ów gród leży? — pytała Basia.
— Tak jest. Góry całkiem go od zimnych podmuchów zasłaniają — mówił, wsunąwszy głowę między ich głowy — niech wasza miłość zauważy, że tu i aura inna; zaraz cieplej i zaciszniej. Wiosna też tu o dziesięć dni wcześniej przychodzi, niż z tamtej strony gór, i drzewa prędzej liści dostają. To szare, co na pochyłościach widać, to winograd, jeno teraz jeszcze pod śniegiem.
Śnieg leżał wszędy, ale istotnie było tu i cieplej i zaciszniej. W miarę, jak spuszczali się zwolna ku dołowi, jedne światła pokazywały się za drugiemi i było ich coraz więcej.
— Zacne jakieś miasto i dosyć ogromne — rzekła Ewka.
— Bo go Tatarzy czasu inkursyi chłopskiej nie spalili, gdyż tu wojska kozackie zimowały, a Lachów tu prawie nigdy nie było.
— Któż tu żywie?
— Żywią Tatarzy, którzy swój minarecik drewniany mają, bo w Rzeczypospolitej wolno każdemu swoją wiarę wyznawać. Żywią Wołosi, Ormianie i Grecy.
— Greków raz w Kamieńcu widziałam — rzekła Basia — bo chociaż daleko oni mieszkają, ale z handlem wszędy trafią.
— Miasto też inaczej, niż wszystkie inne stawiane — rzekł Azya. Siła tu ludu różnego za handlem przychodzi. Ta osada, cośmy ją zdaleka na uboczu widzieli, zowie się Serby.
— Już wjeżdżamy — rzekła Basia.
Jakoż wjeżdżali. Dziwny zapach skór i kwasu uderzył zaraz na wstępie ich nozdrza. Był to zapach safianu, którego wyrobem trudnili się potrochu wszyscy mieszkańcy Mohylowa, a w szczególności Ormianie. Jak zapowiedział Azya, było to miasto zupełnie od innych różne. Domy budowane modą azyatycką, miały okna przysłonione gęstą drewnianą kratą; w wielu brakło zupełnie okien wychodzących na ulicę i tylko z podwórców wzbijał się blask ognisk. Ulice nie były brukowane, choć przecie kamienia w okolicy nie bra-