Strona:PL Gould - Gwiazda przewodnia.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co to jest? co się stało? — spytała energicznie ciotka Debby, stawiając świecę na stole. — Rozkoszni ci goście nareszcie zabierają się do odjazdu, przyszłam więc zobaczyć, co się z naszym więźniem dzieje. Któż ci znowu dokuczył?
— O! ciotko Debby! mam takie ciężkie zmartwienie! — westchnęło dziewczę. — Poradź mi pani, co mam robić.
Ciotka usiadła w krześle wyprostowana i wysłuchała całej historji z twarzą, na której występowały ognie oburzenia.
— Że też to Bóg pozwala żyć podobnym ludziom na świecie! — rzekła, nie mogąc się pohamować. — Ten Rogers nie zasługuje na nic lepszego, jak na stryczek, a jednak trzyma cię w swoich rękach... Poczekaj!... mam w głowie plan... Tego niegodziwca musimy wysłać do kuzyna Samuela, tam będzie bezpieczny od pogoni. Nie płacz, Daisy!... ja temu zaradzę...
— O! w jakiż sposób, pani? — spytała Marjorie, zwracając się do ciotki, jak do opiekuńczego anioła.
— Dla odwrócenia podejrzeń ty, ja i Pozy musimy mu towarzyszyć. Przebierzemy go po kwakiersku... a Dżim powiezie nas karyklem.
— Cóż przez ten czas stanie się z kapitanem?
— Mów ciszej! ściany mają uszy... Zostawię go pod opieką Katona. Już mu się chyba nic złego nie stanie, kiedy przetrwał szczęśliwie dzisiejsze niebezpieczeństwo. Myślałam, że nie usiedzę w miejscu, jak ten drab zaczął dziś rozpowiadać przy stole o wieszaniu... Musimy jutro wyjechać skoro świt, Daisy, bo mamy trzynaście mil przed sobą. Mam w Bogu nadzieję, że nie spotkamy w drodze żadnego oddziału gerylasów... Ale idę już, bo trzeba wydostać ten kwakierski ubiór... Żeby się tylko przydał!
Wyszła zwykłym swoim pośpiesznym krokiem, ale po chwili zawróciła z korytarza.
— Idź, proszę, zastukaj do drzwi kapitana i zapytaj, jak się ma. A pożegnaj go ode mnie, bo jutro musimy wyruszyć przed szóstą rano. Zanieś mu też to jajko ubite z cukrem i arakiem i namów go, aby wypił, zanim się położy spać.
Marjorie otarła oczy, ochłodziła sobie twarz wodą kolońską i udała się przez sypialnię miss Debby do kapitana Rexa.
— Swój! — szepnęła, cicho stukając do drzwi, u których rygiel szybko usunięto.
— Siedzę w ciemności — rzekł więzień, uśmiechając się do wchodzącej, której biała postać, rysując się na tle mrocznego otoczenia, wnosiła z sobą jakby promień światła do więziennej