Strona:PL Gould - Gwiazda przewodnia.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Gdzieś mnie pani znała pod tem nazwiskiem? — pytał mężczyzna, pilnie rozpatrując każdy rys dziewczęcej twarzy, której paliły się płomienie gorączki i trwogi.
— Czy pamiętasz pan biedną, opuszczoną sierotkę, którą leczyłeś u starej Molly?
— Na miljon szatanów!... więc to ty byłaś tem dzieckiem? — wykrzyknął dziko. — Ach! gdybym był o tem wiedział!
— Chcę panu podziękować za to, coś wtedy dla mnie uczynił — odezwała się łagodnie. — Byłabym pewnie umarła, żeby nie pan i Nancy... dwa razy obroniłeś mnie od bicia.
— Twarz jego rozchmurzyła się nieco.
— Więc pamiętałaś o tem przez tyle lat, dziecko?! No! nie wiele ja dobrych uczynków spełniłem w życiu, dobrze, że choć ten jeden pozostał komuś w pamięci... Czy nie bierze cię ciekawość dowiedzieć się, dlaczego posłałem po ciebie?
— Powiedziałeś pan, że powiesz mi coś o moim ojcu... — podchwyciła gorączkowo, składając błagalnie dłonie. — O! panie!... czy rzeczywiście wiesz co o nim?... Żyję jedynie myślą odszukania go... Ta nadzieja jest „gwiazdą przewodnią“ mego życia.
Doktór Boddy zdawał się namyślać chwilę.
— Życie moje jest w niebezpieczeństwie — rzekł wkońcu. — Lada chwila ci zbóje mogą mnie pochwycić... Jeżeli więc zdołasz ułatwić mi ucieczkę i ukryć mnie w bezpiecznem miejscu, to ci wyjawię to, co podejrzywam, że jest prawdą...
— Ale jakże ja mogę to uczynić? — odparła Marjorie drżącemi usty... Jestem obcą w tych stronach i nie znam okolicy...
— Opowiedz mi, co pamiętasz o swojem dzieciństwie... — przerwał jej Boddy, zmieniając nagle taktykę.
— Nic prawie aż do czasu, gdy chora leżałam u starej Molly. Pamiętam trochę moją matkę i okręt jakiś wielki, o który fale rozbijały się z głuchym łoskotem... Przypominam sobie też jakiegoś człowieka, który się nazywał Barnej Brian i... och!.. jednego pana, który miał takie piękne, rozumne, pełne dobroci oczy... i który mnie nauczył kolędy o Bożem Narodzeniu i pieśni o św. Mikołaju... O! panie! — dokończyła błagalnie z wyrazem niewysłowionej boleści, wypiętnowanej na każdym rysie jej pięknej, bladej twarzy — jeżeli wiesz co o mnie, zaklinam cię, powiedz mi!... Nie trzymaj mnie w tej śmiertelnej niepewności, która mnie zabija!
— Przypominasz kubek w kubek twoją matkę... Poznałem cię po tem podobieństwie... Jakim sposobem dostałaś się tutaj?