Strona:PL Giovanni Verga - Rycerskość wieśniacza.djvu/46

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Santuzza czyni głową ruch przeczący.
Turiddu. Tak jest. Byłem w Francofonte!...
Santuzza. To nie prawda! — Wczoraj w dwie godziny po dzwonku na Anioł Pański, byłeś jeszcze tutaj!
Turiddu. To i cóż? — Byłem tam, gdzie byłem i gdzie mi się podobało!
Santuzza (zrzucając chustkę z głowy): Tudiddu! — Dlaczego ty ze mną tak postępujesz? — Popatrz mi w oczy! Czy nie widzisz, jaki w nich śmiertelny ból, — ból co rozdziera moje serce?
Turiddu. To twoja wina!... — Czyż ja mogę wiedzieś coś ty sobie w głowę wbiła, że teraz niestworzone rzeczy na mnie wygadujesz?! Ty mnie szpiegujesz na każdym kroku! — Jakbym ja był głupim, małym dzieciakiem! — A może mi nie wolno robić co mi się podoba? — Co?
Santuzza. Nie. Ja ciebie nie szpieguję. Ale właśnie tu, w tem miejscu, niedawno inni mówili, że cię widziano dziś wczesnym rankiem u drzwi Loli!
Turiddu. Kto to powiedział?
Santuzza. Alfio sam. — Jej mąż!
Turiddu. On!... — Więc to jest ta twoja