Strona:PL Giovanni Boccaccio - Dekameron.djvu/305

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


białych i czerwonych róż (które właśnie w rozkwicie były) i usiadła wraz z Gabriottem opodal pięknej fontanny, tryskającej świeżą wodą. Po pewnym czasie wśród najtkliwszych pieszczot spytał Gabriotto, dlaczego z początku Andreola sprzeciwiała się jego przyjściu do sadu. Wówczas młódka opowiedziała mu wszystko: swój sen i złe przeczucie. Gabriotto zaśmiał się i rzekł, że jest wielką niedorzecznością wierzyć w sny, pochodzą one bowiem ze zbytku lub niedostatku pokarmu, o czem codziennie się przeświadczać można.
— Gdybym w sny wierzył, nie przyszedłbym dziś tutaj, nietyle dla obawy przed twojem widzeniem sennem, ile naskutek mych własnych snów, jakie ostatniej nocy miałem. Zdawało mi się, że, znalazłszy się w pięknym lesie, schwytałem wdzięczną i białą, jak śnieg, sarnę. Sarna ta w tak krótkim czasie oswoiła się ze mną, że ani na krok ode mnie nie odstępowała. Mimo to, tak się obawiałem, aby to miłe zwierzątko mi nie uciekło, że włożyłem mu na szyję złotą obręcz, przytwierdzoną do łańcucha, który w ręku trzymałem. Gdy sarenka legła na trawie, złożywszy mi łeb na kolana, nagle, nie wiedzieć skąd, zjawił się przede mną czarny, jak węgiel, głodny i straszny pies, który rzucił się na mnie. Zdało mi się, że się przed nim wcale nie bronię; on zasię chwycił mnie zębami za lewy bok i tak się wżarł weń, że aż mi do serca dostał, potem wyrwał mi je z piersi i uniósł z sobą. Tak wielki ból poczułem, że, ocknąwszy się ze snu, schwyciłem się ręką za bok, aby przekonać się, czy rany tam nie mam. Nie znalazłszy jednak nic, śmiać się począłem z siebie, że po zdrowym się macałem boku. Podobne, a nawet o wiele straszniejsze sny już nieraz miewałem, a przecie nic się ze mną złego nie stało. Dlatego też przestańmy myśleć o zjawach sennych i cieszmy się swojem szczęściem.
Andreola, już swoim snem przerażona, teraz jeszcze bardziej lękać się poczęła, aliści, nie chcąc Gabriotta niepokoić, skrywała swą trwogę, jak mogła. Obejmowała i całowała swego kochanka i on nawzajem ją obejmował, jednakoż lęk jej nie ustępował. Obawiała się niewiedzieć czego i częściej, niż zwyczajnie, wpatrywała się w twarz Gabriotta lub też bystrem spojrzeniem obrzucała ogród, aby przekonać się, czy jakiej czarnej stwory nie zobaczy. Naraz Gabriotto westchnął, przycisnął umiłowaną swą do piersi i zawołał:
— Ratuj mnie, najdroższa moja, umieram!
Rzekłszy te słowa, zsunął się bezsilnie na trawę. Przerażona Andreola podniosła swego kochanka, położyła jego głowę na swoje kolana i rzekła ze łzami w oczach: