Strona:PL Giovanni Boccaccio - Dekameron.djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jej, bogaty kupiec, właśnie z galerami swemi do Flandrji był odpłynął. Lisetta padła na kolana i z prawdziwie weneckiem gadulstwem rozpowiedziała mu o wszystkich swoich tajemnicach. Brat Alberto spytał, zali ma miłośnika. Lisetta odparła mu z głębokiem nieukontentowaniem:
— Zali nie macie oczu, mój ojcze? Czyż nie widzicie, że cnotą nad wszystkiemi białogłowami góruję? Mogłabym mieć tylu miłośników, ilubym tylko zapragnęła. Aliści żaden mężczyzna nie jest mnie godzien. Zali nie sądzicie, że i w raju pięknościąbym celowała? — W ten sposób tyle głupstw o swej urodzie naplotła, że słowa jej każdego człeka zmierzićby mogły. Brat Albert poznał dowodnie z tej mowy słabość jej rozumu. Piękność Lisetty żądzę w nim wzbudziła, tak, iż gorąco się w białogłowie rozmiłował. Jednakoż nie odkrył jej odrazu swoich pragnień, postanowiwszy czekać na chwilę sposobną. Przeciwnie wcale, chcąc świętobliwość swoją Lisecie pokazać, brat Albert począł ją strofować, gromić i mówić jej o pysze i o próżności. Lisetta odparła, że musi być głupcem, skoro nie widzi różności między ziemską a nieziemską pięknością. Brat Albert, nie chcąc jej do kolery przywodzić, skończył spowiedź i odpuścił ją wraz z innemi białogłowami. Po kilku dniach nasz mnich w towarzystwie swego wiernego przyjaciela wszedł do domu Lisetty, odwołał ją do ustronnej komnaty, padł przed nią na kolana i rzekł:
— W imię miłości bożej zaklinam was, madonno, abyście mi przebaczyli to, co mówiłem w niedzielę o piękności waszej. Następnej nocy tak okrutnie za to ukarany zostałem, że po razach, które spadły na mnie, dopiero dzisiaj z łoża dźwignąć się zdołałem.
— Kto was tak oporządził? — spytała głupia Lisetta.
— Wszystko szczegółowie wam opowiem — odparł Albert. — Kiedy, jak to mam w obyczaju, około północy do modlitw ukląkłem, spostrzegłem naraz, że cała moja cela rozjaśniła się złotem światłem. Nim obejrzeć się zdołałem, ujrzałem przed sobą cudownie pięknego młodziana, który gruby kij w ręku dzierżył. Schwycił mnie za kaptur, na ziemię powalił i tak bić począł, iż mi się zdało, że mi wszystkie kości pogruchoce. Spytałem się go, za co mnie tak krzywdzi. Wówczas młodzian zawołał:
— Odbierasz karę za to, że poważyłeś się poniżyć dzisiaj niebiańską piękność Lisetty, którą to białogłowę po Bogu najwięcej miłuję.
— Kim jesteście? — spytałem.
— Jestem Archaniołem Gabrjelem — odparł.
— O panie mój — zawołałem — błagam was o przebaczenie!