Strona:PL Giovanni Boccaccio - Dekameron.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Po kilku dniach król wysłał ją do ojca ze znaczną świtą, z mężczyzn i z białogłów złożoną, której Antygon przewodził.
Nie lza wysłowić z jaką radością sułtan ją powitał. Gdy Alatiel już nieco wczasu zażyła, sułtan takoż zapragnął uznać, jak to się stało, że ocalała i że przez tak długi czas nie dała najmniejszego uwiadomienia o sobie. Alatiel, mając dobrze w pamięci pouczenia Antygona, zaczęła w te słowa:
— Dowiedz się, mój ojcze, że mniej więcej w dwadzieścia dni po moim stąd odjeździe, burza strzaskała nasz okręt i wyrzuciła go nocą na brzeg zachodni w pobliżu Aguamorta. Co się stało z ludźmi, znajdującymi się na pokładzie, nie wiem, przypominam sobie tylko, że za nadejściem dnia powróciłam do utraconych zmysłów. Tymczasem mieszkańcy okoliczni okręt spostrzegli. Zbiegli się ławą dla złupienia szczątków. Wyciągnęli mnie na brzeg pospołu z dwiema towarzyszkami. Biedne dziewice porwane zostały przez dwóch młodzieńców i uprowadzone, każda w inną stronę. Nie wiem, co się z nimi stało, bowiem nigdy już słuch o nich do mnie nie dotarł. I mnie także dwóch młodzieńców za włosy schwyciło; płakałam i broniłam się ze wszystkich sił. Zaciągnęli mnie do pobliskiego lasu. Nagle z lasu wynurzyło się czterech jeźdźców. Gdy prześladowcy moi ich ujrzeli, natychmiast puścili mnie, a sami rzucili się do ucieczki. Czterej konni, którzy ludźmi znacznymi mi się wydali, przybliżyli się do mnie i jęli mi mnóstwo pytań zadawać. Ja także wiele mówiłam, ale nie mogliśmy się pojąć nawzajem. Naradziwszy się z sobą, posadzili mnie na rumaka i zawieźli do klasztoru mniszek. Nie wiem, co przeoryszy powiedzieli dość, że przyjęta zostałam nader uprzejmie. Uwielbiałam pospołu z niemi Św. Cresci z Val Cava, do którego szczególne nabożeństwo żywią. Gdy już pewien czas z niemi pozostawałam i nauczyłam się trochę ich mowy, spytały mnie się kim jestem i skąd pochodzę. Wiedząc, gdzie się znajduję i obawiając się, że gdy poznają prawdę, przegnać mnie mogą, jakoże do ich religji nie należę, odparłam, że jest córką pewnego znacznego człeka z Cypru, który mnie wysłał do przyszłego małżonka na Kretę. Na nieszczęście okręt tutaj uległ rozbiciu. Nie raz i nie dwa przy różnych okolicznościach ze strachu obyczajów ich przestrzegałam. Zapytana przez przeoryszę, zalibym na Cypr powrócić nie chciała, odparłam, że niczego tak nie pragnę, jak tego powrotu. Przeorysza, dbając o moją przystojność białogłowską, nie chciała mnie powierzyć nikomu z tych, co na Cypr jechali. Przed dwoma miesiącami przybyło do klasztoru kilku szlachciców z Francji wraz ze swemi żonami. Jedna z nich była krewniaczką przeoryszy. Ta, usłyszawszy, że udają się do Jerozolimy, aby