spotykać słomki, ukryte w wysokich trawach, wyrosłych nad brzegiem tych wąskich strumyków.
Szedłem lekki jak jeleń, patrząc jak moje dwa psy harcowały przede mną. Serwal o sto kroków na prawo ode mnie deptał niwę lucerny. Mijając krzaki, które tworzą granicę lasu, ujrzałem chałupę w gruzach.
W tej chwili przypomniałem ją sobie taką, jaką widziałem po raz ostatni w r. 1869 czystą, osłoniętą winnemi latoroślami, z kurami wokół domu. Czy może być coś smutniejszego, nad szkielet martwego domu, zniszczony, złowrogi?
Przypomniałem sobie także, że w domu tym jakaś dobra kobieta koiła moje zmęczenie szklanką wina i że Serwal opowiedział mi wówczas dzieje jego mieszkańców. Ojciec, stary kłusownik, został zabity przez żandarmów. Syn, którego niegdyś widziałem, wysoki, chudy chłopak, uchodził również za okrutnego trzebiciela zwierzyny. Zwano ich Dzikimi.
Byłoż to nazwisko czy przezwisko?
Huknąłem na Serwala. Zbliżył się swoim długim, czaplowatym krokiem.
Zapytałem go.
— Co się stało z tymi ludźmi?
Opowiedział mi historję następującą:
Kiedy wybuchła wojna, syn Dzikich, mający wówczas lat trzydzieści trzy, zaciągnął się do wojska, pozostawiając matkę samą. Nie żałowano zbytnio starej, gdyż wiedziano dobrze, że ma pieniądze.
Została tedy sama w tym domu odosobnionym, daleko od wsi, na skraju lasu. Nie znała ona zresztą