— Ty, mój zuchu?
— Tak, kapitanie, a jeśli pan sobie życzysz, zabiorę do niewoli całe pokolenie.
Kapitan, człowiek żywej wyobraźni, wziął go za słowo i rzekł:
— Jutro rano wybierzesz sobie sześciu ludzi, z którymi udasz się na pustynię, ale biada ci, jeśli nie dotrzymasz obietnicy!
Wachmistrz uśmiechnął się pod wąsem.
— Bądź spokojny, komendancie, moi niewolnicy będą tutaj najpóźniej we środę w południe.
Ten wachmistrz Mohammed Fripouille, jak go nazywano, był człowiekiem istotnie zadziwiającym, Turek, prawdziwy turek, po życiu bardzo burzliwem, a prawdopodobnie niezbyt czystem, wszedł do służby francuskiej. Przebywał w Grecji, w Azji Mniejszej, w Egipcie, W Palestynie i zapewne niejedną zbrodnię zostawił poza sobą. Zuchwały, hulaka, dziki i wesoły, do tego, otyły, niezmernie nawet otyły, ale zwinny jak małpa. Jeździł na koniu zachwycająco. Jego wąsy, nieprawdopodobnie gęste i długie, przypominały mi zawsze półksiężyc, lub zakrzywioną szablę. Arabów strasznie nienawidził i obchodził się z nimi z nieopisanem okrucieństwem, wynajdując coraz to nowe podstępy i zasadzki, jedne straszniejsze od drugich.
Przy tem wszystkiem posiadał nadzwyczajną siłę i nieprawdopodobną odwagę.
— Wybierz sobie swoich ludzi, zuchu — rzekł doń kapitan.
Do wybranych należałem i ja. Widocznie miał doi mnie zaufanie, a za ten wybór, który mi zrobił więcej przyjemności, niż później krzyż legji honorowej, byłem mu nieskończenie wdzięczny.
Wyjechaliśmy więc nazajutrz o świcie w sied-