Przejdź do zawartości

Strona:PL G de Maupassant Ojcobójca.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.



— Może pójdziemy na dach wypić kawę? — spytał kapitan.
Bardzo chętnie — odpowiedziałem.
W sali mrok już zapadał. Poza wysokiemi, ostrołukowemi oknami zwieszały się rośliny z ogromnego tarasu, na którym zwykle spędzano gorące letnie wieczory. Na stole nic już nie pozostało, prócz olbrzymich afrykańskich owoców i winogron wielkich jak gruszki, miękkich fig fioletowych, żółtych gruszek, podłużnych bananów i daktyli w łyczkowym koszyku.
Maurytańczyk, który nam usługiwał do stołu, otworzył drzwi i weszliśmy na schody, słabo oświetlone z góry ostatniemi promieniami zachodzącego słońca.
Głęboko i z uczuciem błogości odetchnąłem, wszedłszy na taras, skąd się roztaczał uroczy widok na Alger, przystań i dalekie wzgórza.
Dom, kupiony przez kapitana, był dawną siedzibą arabską, położoną w środku starego miasta, pomiędzy labiryntem uliczek i zaułków, gdzie się roiło od różnorodnej ludności afrykańskiej.
Pod nami płaskie i czworogranne dachy obniżały się, jak olbrzymie schody, aż ku dachom pochyłym europejskiej części miasta. Poza niemi ukazywały się maszty okrętów, o zarzuconych kotwicach, a dalej — błękitne i spokojne morze, mające nad sobą sklepienie nieba, także spokojne i błękitne.