Obrońca obwinionego tłumaczył go pomieszaniem zmysłów. Bo jakżeż usprawiedliwić inaczej tę dziwną zbrodnię?
Pewnego ranka znaleziono, niedaleko Chatou, w krzakach dwa trupy, związane razem, kobietę i mężczyznę, znanych w towarzystwie — ludzi bogatych, młodych. Mężczyzna dopiero przed rokiem ożenił się z tą kobietą, będącą wdową od lat trzech.
Nie mieli nieprzyjaciół, nie okradziono ich. Zdawało się, że ktoś, pobiwszy ich prętem żelaznym, rzucił z brzegu do rzeki.
Śledztwo nic najaw nie wydobyło. Zapytywani flisacy także nic nie mogli powiedzieć; postanowiono już zaniechać tej sprawy, gdy pewien młody stolarz z sąsiedniej wsi, imieniem Jerzy Ludwik, przezwany „mieszczaninem“, zgłosił się jako winowajca.
Na wszystkie pytania odpowiadał tylko: Mężczyznę znałem od dwóch lat, kobietę od pół roku; kazali mi często naprawiać staroświeckie meble, gdyż jestem biegły w swem rzemiośle.
A na pytanie:
— Dlaczego ich zabiłeś? — odpowiadał uparcie:
— Zabiłem, ponieważ chciałem ich zabić.
Ponad to nie można było wydobyć z niego ani słowa. Ten człowiek był zapewne dzieckiem naturalnem, oddanem mamce na wieś, a później zapomnianem. Nazwiska nie miał, tylko imiona: Jerzy