— Czemu nie wsiadacie państwo do powozu? Bylibyście przynajmniej osłonięci.
Widocznie nie przyszło im to na myśl, bo teraz co spieszniej poszli za radą furmana. Trzech mężczyzn usadowiło swe żony w głębi budy, poczem umieścili się sami; następnie inne figury zasłonięte, o kształtach niewyraźnych, zajęły kolejno ostatnie miejsca, nie zamieniając słowa.
Podłoga wozu wysłana była słomą, w którą powsuwano nogi. Niewiasty w głębi, zabrawszy z sobą małe mosiężne fajerki z chemicznym węglem, zapaliły je zaraz, wyliczając głosem przyciszonym korzyści tych przyrządów i powtarzając sobie wzajem rzeczy, znane oddawna.
Nareszcie przyprzężono sześć koni zamiast czterech, z powodu ciężkiej drogi, a głos z zewnątrz budy zapytał:
— Czy wszyscy wsiedli?
Głos z wnętrza odpowiedział: — Tak.
Ruszono z miejsca.
Powóz posuwał się powoli, powoli, krok za krokiem. Koła zagłębiały się w śniegu; całe pudło dyliżansu skrzypiało, wydając głuchawe trzaski; zwierzęta ślizgały się, parskały i buchały parą, a ogromny bat furmana strzelał bezustannie, wirował we wszystkich kierunkach, zwijając się i rozplatając, niby cienki wąż, by od czasu do czasu spaść na krągły tułów którego z koni, który w tejże chwili prężył się do szybszego biegu.
Powoli zaczynało jednak dnieć. Lekkie płateczki, które jeden z podróżnych, rueńczyk czystej krwi, porównał do bawełnianego deszczu, przestały prószyć. Mętne światło sączyło się poprzez grube chmury, ciężkie i ciemne, potęgując jeszcze olśniewającą białość krajobrazu, z którego wyłaniał się
Strona:PL G de Maupassant Ojcobójca.djvu/102
Wygląd
Ta strona została przepisana.