Wszyscy mieli ten sam plan, będąc też podobni z wyglądu...
Tymczasem nie przyprzęgano koni. Mała latarenka, w ręku chłopca stajennego, od czasu do czasu zamigotała w ciemnych drzwiach, by natychmiast zniknąć w drugich. Tupot kopyt końskich, tłumiony warstwą nawozu, głos człowieka, przemawiającego do koni, to znów przeklinającego, dolatywały z głębi budynku. Lekki szmer dzwonków oznajmił, że zakładano uprząż; szmer ten zmienił się niebawem w brzęk wyraźny i trwały, regulowany ruchem zwierząt, niekiedy ustając, to znów wywołany silniejszem wstrząśnieniem, któremu towarzyszył głuchy odgłos podkutego kopyta, uderzającego o ziemię.
Nagle drzwi się zamknęły. Ustał wszelki hałas. Przemarznięci obywatele zamilkli; stali nieruchomi i sztywni.
Nieprzerwana zasłona białych płatków lśniła ustawicznie, spływając ku ziemi; zacierała ona wszystkie kształty, osypując je mchem lodowym, a w wielkiem milczeniu miasta cichego i pogrążonego pod osłoną zimy, nie słychać było nic, prócz tego nieokreślonego drżenia, nieujętego i falującego, wywołanego prószeniem śniegu, drżenia będącego raczej wyrażeniem szelestu, niż szelestem, zlewaniem się atomów leciuchnych, które zdawały się wypełniać przestrzeń, pokrywać świat cały.
Znów się ukazał człowiek z latarką, prowadząc za uzdeczkę konia smutnego, który wcale nie szedł chętnie. Ustawił zwierzę przy dyszlu, przymocował popręgi, długo manipulując koło założenia uprzęży, posługując się jedną tylko ręką, gdyż w drugiej trzymał latarnię. Idąc po drugiego konia, zobaczył wszystkich podróżnych, stojących nieruchomo, i rzekł:
Strona:PL G de Maupassant Ojcobójca.djvu/101
Wygląd
Ta strona została przepisana.