Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/275

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przestali pracować i spojrzeli.
— Pamiętacie wy ów pierwszy ranek, gdyście mnie tu przynieśli? — zapytał.
Dick bystro mu się przyglądał. Jako czarodziej zwierząt, dostrzegał on więcej rzeczy, niż wszyscy, a o wielu z nich nigdy nie mówił. Teraz dostrzegł to i owo w tym chłopcu.
— Pamiętamy — a jakże! — odparł.
Mary również przyglądała mu się bystro, ale się nie odzywała.
— W tej sekundzie właśnie sam sobie tę chwilę przypomniałem — rzekł Colin — jakem sobie spojrzał na rękę, trzymającą motykę, i musiałem powstać, żeby się upewnić, że to nie sen. A to wszystko prawda! Zdrów jestem! Zdrów!
— Oj, zdrów panicz, zdrów! — powtórzył Dick.
— Zdrów jestem! Zdrów! — znowu mówił Colin, a twarz całą pokrył mu rumieniec.
Przedtem już wiedział o tem, do pewnego stopnia, miał nadzieję, czuł i myślał o tem, lecz w tej chwili coś stało się w nim, coś go dreszczem przejęło, jakby nagłe przekonanie i pewność tak, że musiał je wypowiedzieć.
— Będę żył zawsze! Zawsze! Zawsze! — zawołał wielkim głosem. — Odkryję tysiące, tysiące rzeczy. Odkryję prawdy różne o ludziach, o zwierzętach i o wszystkiem, co rośnie — jak Dick. Zdrów jestem! Zdrów jestem! Czuję, czuję potrzebę wołać, krzyczeć — z dziękczynienia i radości!
Ben Weatherstaff, pracujący wpobliżu przy krzaku róży, spojrzał na niego.
— Powinien panicz pieśń dziękczynną zaśpiewać — zaproponował opryskliwie. — Nie miał o tej pieśni właściwie żadnego zdania, propozycję zaś uczynił bez specjalnego poszanowania.
Lecz Colin miał umysł dociekający, a pieśni nabożnych żadnych nie znał.