Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/273

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ROZDZIAŁ XXVI.

«TO MATKA».


W «czary» wierzyli wytrwale. Po rannych «śpiewach» miewał Colin czasem wykłady o czarach.
— Lubię mieć wykład — tłumaczył się — bo gdy dorosnę i będę robił odkrycia naukowe, to będę musiał miewać o nich wykłady, więc teraz nabieram już wprawy. Moje prelekcje obecnie nie mogą być długie, bo, po pierwsze, jestem jeszcze mały, a powtóre, Benowi Weatherstaffowi zdawałoby się znowu, że jest w kościele, i znówby usnął.
— Taki wykład to ma do siebie — mówił Ben — że taki chłopiec może sobie wstać i mówić, co mu się podoba, a niewiadomo, co mu na to odpowiedzieć. Kiedy niekiedy to nawet dosyć lubię takie kazanie.
A gdy Colin miał przemowę, stojąc pod drzewem śliwkowem, stary Ben pożerał go wprost oczyma. Przyglądał mu się krytycznie, lecz z miłością. Interesował się nietyle wykładem, ile raczej nogami chłopca, które codzień wyglądały silniejsze i sprężystsze; młodzieńczą głową, którą tak dumnie podnosił, jego niegdyś śpiczastą brodą i zapadłemi policzkami, które się wypełniły i zaokrągliły, wreszcie oczami, nabierającemi blasków, znanych Benowi dawniej w innej parze oczu. Czasami, gdy Colin czuł, że surowy wzrok Bena oznacza, iż stary jest bardzo przejęty, ciekaw był bardzo, o czem