Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiła. — W Indjach nigdy nie miałam apetytu, a teraz zawsze, i cieszy mię jedzenie.
— Ja też cieszyłem się, myśląc o dzisiejszem śniadaniu — odrzekł Colin. — Może to już skutek świeżego powietrza. Jak myślisz? Kiedy przyjdzie Dick?
Lecz Dick nie kazał na siebie czekać. W jakieś dziesięć minut Mary palec podniosła:
— Posłuchaj! — zawołała. — Słyszysz głos kawki?
Colin nasłuchiwał, i uszu jego doszedł najzabawniejszy głos, jaki usłyszeć można w domu — było to ochrypłe «kau-kau».
— Słyszę — odparł.
— To Sadza — objaśniała Mary. — Posłuchaj teraz! Czy słyszysz takie ciche beczenie?
— Och! Słyszę! — zawołał Colin zarumieniony z radości.
— To owo jagniątko nowonarodzone — rzekła Mary. — Już idą!
Dick miał grube, ciężkie buty i, choć starał się stąpać jak najostrożniej, to przecież odgłos jego kroków rozbrzmiewał donośnie w długim korytarzu. Mary i Colin słyszeli, jak szedł — szedł, aż przeszedł przez drzwi zamknięte na wyłożony miękkim dywanem przedpokój Colina.
— Proszę łaski panicza — mówiła Marta, otwierając drzwi — oto jest Dick ze swojemi zwierzątkami.
Dick wszedł, mając na ustach swój najszczerszy uśmiech. Niósł jagniątko na ręku, obok niego dreptał młody, rudy lisek. Orzeszek siedział mu na lewem ramieniu, Sadza na prawem, z kieszeni zaś wyglądał figlarny pyszczek i łapki Łupinki.
Colin wolno usiadł i patrzył, patrzył — tak jak patrzył, gdy pierwszy raz ujrzał Mary; tym jednak razem było to spojrzenie pełne podziwu i radości. W rzeczywistości, to po-