Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/188

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Miała kapelusz na głowie, gdy w pokoju stanęła, i Colin przez sekundę doznał uczucia rozczarowania. Leżał w łóżku, twarz miał przerażająco bladą, a wielkie, sine kręgi pod oczyma.
— Cieszę się, że przyszłaś — wyrzekł. — Głowa mnie boli i wszystkie kości, bo jestem bardzo zmęczony. Czy idziesz gdzie?
Mary podeszła blisko i oparła się o łóżko.
— Nie zabawię długo — rzekła. — Idę do Dicka, ale zaraz wrócę. Colin, wiesz? Jest coś wiadomo o ogrodzie!
Twarzyczka mu pojaśniała i zaróżowiła się lekko.
— Och! Naprawdę? — zawołał. — Całą noc mi się o nim śniło. Słyszałem, jak mówiłaś, że się szarość w zieleń przemienia, i śniłem, że stoję w miejscu przepełnionem małemi, drżącemi, zielonemi listeczkami — a wszędy były ptaszki w gniazdkach i wyglądały tak słodko i mile. Będę teraz sobie o tem myślał, dopóki nie wrócisz.
W pięć minut potem była już Mary z Dickiem w ogrodzie. Lisek i kawka były z nim znowu, i tym razem przywiódł jeszcze dwie oswojone wiewiórki.
— Dziś przyjechałem na swoim koniku — mówił. — Poczciwe zwierzątko ten mój Skoczek! A tych dwóch łobuzów przyniosłem w kieszeniach. Ta tutaj nazywa się Orzeszek, a ta oto Łupinka.
Gdy powiedział «Orzeszek», jedna z wiewiórek wskoczyła mu na prawe ramię, gdy zaś «Łupinka» — druga wdrapała się na lewe.
Gdy usiedli na trawie z Kapitanem, skulonym u ich nóg, Sadzą, słuchającą uroczyście na drzewie, i Orzeszkiem, i Łupinką, węszącemi obok nich, zdawało się Mary, że nie będzie miała siły porzucić takiego uroczego towarzysza; wszakże, gdy zaczęła opowiadać, spojrzenie w zabawną twarz Dicka zmieniło jej myśli. Widziała jasno, że chłopcu żal Colina