Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ROZDZIAŁ XVIII.

NIE TRAĆMY CZASU“.


Mary, oczywiście, nie obudziła się wcześnie następnego dnia. Spała długo, albowiem zmęczona była bardzo, Marta zaś, przynosząc jej śniadanie, opowiedziała, że Colin jest zupełnie spokojny, lecz chory i ma gorączkę, co zwykle bywało, gdy się wyczerpał krzykami i płaczem. Mary wolno spożywała śniadanie, słuchając.
— Panicz mówił, że prosi, żeby panienka poszła do niego, jak tylko będzie mogła — mówiła Marta. — Aż dziwnie, jak sobie panienkę upodobał. To pewnie po tej ostatniej nocy — co? Nikt inny nie byłby śmiał tak z nim postąpić. Biedny chłopiec! Tak go zepsuli, że już Święty Boże nie pomoże. Matka mówi, że najgorsze dla dziecka to jest, jak zawsze ma swoją wolę, albo jak jej nigdy nie ma. A niewiadomo co gorsze. Ale panienka to się też nienajgorzej potrafi złościć! A panicz mówi, jakem do pokoju weszła: — «Proszę cię, zapytaj pannę Mary, czy nie zechciałaby przyjść porozmawiać ze mną?» — Niechno panienka pomyśli — panicz, mówiący «proszę!» — Pójdzie panienka?
Wpierw pobiegnę zobaczyć Dicka — odparła Mary. — Albo nie; najpierw pójdę odwiedzić Colina i powiem mu — już wiem co powiem — dodała w nagłem natchnieniu.