Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dzięki, sir — rzekła. — Zuzanna Sowerby chodziła ze mną do szkoły i tak ma dobrze w głowie i takie serce złote, że niełatwo drugą taką znaleźć. Ja bo nie miałam dzieci, ale ona ma dwanaścioro, a wszystko zdrowe i poczciwe. Pannie Mary ujmy ich towarzystwo nie zrobi. Gdy szło o dzieci, Zuzanny Sowerby zawsze się radziłam. Ona to naprawdę ma taki zdrowy rozsądek, jeżeli sir rozumie, co chcę powiedzieć.
— Rozumiem — odparł pan Craven. — Proszę teraz zabrać panienkę, a przysłać mi Pitchera.
Gdy pani Medlock rozstała się z nią na końcu korytarza, Mary wpadła do swego pokoju. Zastała tam czekającą na siebie Martę, która doprawdy śpieszyła tu po odniesieniu naczynia do kuchni.
— Mogę mieć własny ogród! — wołała Mary. — Mogę mieć go, gdzie tylko zechcę! — Długo jeszcze nie dostanę nauczycielki! I twoja matka może do mnie przychodzić, a mnie do was pójść wolno! Wuj powiedział, że taka mała dziewczynka nie może szkody żadnej zrobić, i że mi wszędzie chodzić wolno, gdzie dusza zapragnie — wszędzie!
— Jak też to poczciwie ze strony pana, nieprawda? — rzekła Marta.
— Marto — zaczęła Mary uroczyście — wuj jest naprawdę bardzo dobry, tylko twarz ma taką smutną, a czoło takie zmarszczek pełne!
Co tchu pobiegła do ogrodu. Była w domu o tyle dłużej, niż myślała, a wiedziała, że Dick wyruszyć też musi w swoją pięciomilową drogę. Gdy się prześliznęła przez drzwi pod zwojami bluszczu, nie zobaczyła chłopca w tem miejscu, gdzie go była zostawiła. Narzędzia były złożone porządnie pod drzewem. Pobiegła w tę stronę, rozglądała się, ale Dicka dostrzec nigdzie nie mogła. Poszedł, a ogród tajemniczy