Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/095

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


brze, co to znaczy. Zalecasz się do jakiej tam młodej gilówny i łżesz jej niestworzone rzeczy, żeś najładniejszy z gilów w Misselthwaite i okolicy, że zwyciężysz wszystkich rywali swoich — hę?
— Ach, mój Boże! Spojrzyjcie tylko na niego! — zawołała Mary.
Gil był najwidoczniej w bajecznym wprost humorze. Przyskakiwał coraz to bliżej, w oczy zaglądał ogrodnikowi z przymileniem. Przeleciał na najbliższy krzak agrestu, główkę przechylił i zaśpiewał jakby wprost do Bena.
— Ehe! myślisz, że tem wszystko naprawisz — rzekł Ben Weatherstaff, marszcząc twarz w taki sposób, że Mary była pewna, że usiłuje wyglądać nieprzyjemnie. — Zdaje ci się, że ci się nikt oprzeć nie może — prawda?
Gil skrzydełka rozwinął — a Mary ledwo oczom własnym mogła uwierzyć: pofrunął bowiem wprost na rękojeść łopaty ogrodnika i usiadł. W tejże chwili twarz starego zwolna przybierać zaczęła całkiem nowy wyraz. Stał cicho, jakby się lękał odetchnąć głośniej — jakby postanowił nie poruszyć się z miejsca za nic na świecie, dopókiby gil nie odfrunął. Mówić począł szeptem.
— No, teraz to już po mnie — rzekł tak słodko, jakby nie te wymawiał wyrazy. — Oj, jakże ty wiesz, jak za serce chwycić starego! To chyba czary! Jakiś ty mądry!
I stał tak nieporuszony, oddech wstrzymując, dopóki gil znów skrzydełek nie rozwinął i nie odfrunął. Wtedy długo patrzył na rękojeść łopaty, jakby była zaczarowana, poczem jął kopać, milcząc czas jakiś.
Ale ponieważ stary ogrodnik nie przestawał się uśmiechać, przeto Mary nie lękała się zagadać do niego.
— Czy macie własny ogród? — spytała.
— Nie, bo nie jestem żonaty i mieszkam przy bramie z Marcinem.