Strona:PL Frances Hodgson Burnett - Tajemniczy ogród.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w moją wychodną idę do domu, to skaczę z radości z chwilą, gdy na wrzosy wchodzę.
— I Dicka też lubię, a nie widziałam go nigdy — dodała Mary.
— Ano, toć powiedziałam panience — odparła Marta z godnością — że nawet ptaki go lubią i króliki, i owce dzikie, a nawet i lisy. Ciekawa jestem, coby Dick o panience powiedział? — dodała, patrząc na Mary w zamyśleniu.
— Nie lubiłby mnie — powiedziała na swój dawny, szorstki sposób. — Nikt mnie nie lubi.
Marta znów się zamyśliła.
— A czy panienka lubi samą siebie? — zapytała takim tonem, jakby rzeczywiście chciała wiedzieć.
Mary zawahała się chwilkę i zastanowiła się.
— Doprawdy, wcale nie — odrzekła. — Ale nigdy przedtem o tem nie pomyślałam.
Marta skrzywiła się zabawnie, jakby przypominając coś sobie.
— Matka tak do mnie raz powiedziała. Stała przy balji, a ja byłam zła i zaczęłam wygadywać na ludzi, a ona odwraca się do mnie i mówi: «Ty mała czarownico! Co ty sobie myślisz, żeby mówić, «tego nie lubię — a tamtego nie lubię. A siebie lubisz?» Roześmiałam się i zaraz się opamiętałam.
W doskonałym humorze pobiegła do domu, skoro tylko podała Mary śniadanie. Miała zrobić pięciomilowy spacer i pomóc matce uprać i upiec chleba na tydzień, i całą duszą się radować.
Mary pod jej nieobecność czuła się więcej samotną, niż zwykle. Wyszła do ogrodu, jak mogła najśpieszniej, i najpierw obiegła ogród z fontanną dziesięć razy dokoła. Liczyła starannie, ile razy przebiegła, a gdy skończyła, poczuła się w lepszym humorze. Słońce nadawało całkiem inny wygląd