Strona:PL Felicyana przekład Pieśni Petrarki.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czyznę w obroty wziąwszy, Mistrzem się równym Dantemu okazał; nawet powiedzieć bez przesady można: znacznie jeszcze od tego, na czem tamten stanął, naprzód wybiegł; ale też. u Prowansalów się poduczywszy, w lirę Włoską tak brzmiąco uderzył, jak już nikt po nim w równej mierze tego nie uczynił — bo o przewyższeniu go, sądzę, nie może być mowy.
Język Petrarki na wskroś i na czysto już jest Włoskim, a mianowicie w tem znaczeniu, że to już równie poetycznie jak i poezyjnie urobiony żywioł, najzupełniej wystarczyć mogący potrzebom narodu, który od niepamięci, miał zawsze we krwi uzdolnienie do śpiewu. Dźwięczny, giętki, zwięźle obrazowy, słowem ostatecznie na wszystkie sposoby ograny, równie nadaje się on do wyrażenia najdelikatniejszych uczuć, jak i do zaspokojenia uciech muzycznych najwięcej wymagającego umysłu. Mogło mu przybyć wyrazów, zwrotów — niektóre się może dosadniej szemi stały — ale śpiewności jego, rzecz pewna, nikt już nie posunął dalej. Włoszczyzna to niby dziwnie ułatwiona. Z temi swojemi skróceniami tysiącznemi, w których jak nic krańcowe przepadają samogłoski; z tą obfitością nieznanych narodom półuocnym dźwięków[1], przypominających szczebiotanie ptasie, przelotne tchnienia wiatru w liściach, szmery wodotrysków; z tą nadzwyczajną swoją skłonnością do rymu, którą aż przesadnemi nieraz poskramiać, przyszło trudnościami[2]; zdaje się być ona upostaciowaniem żywem klimatycznego rozleniwienia tych ludzi szczęśliwych, co to są zdolni, godziny całe, leżąc na wznak w chłodniku, przy brzękach Mandonny, roić sny złote, przez pół będące jawą otaczającej ich rzeczywistości. Swoją drogą, językto, rzekłbym, nietylko sercowych, ale i serdecznych uniesień; gdzie potrzeba miękki, ale też gdzie potrzeba rycerski — a zawsze strojnie brzmiący. Wątpliwości nie ulega — Dante o wiele poważniejszym tu jest artystą — ale zato Petrarka jest najściślej narodowy.

Toż samo co o języku, da się i o stylu Petrarki powiedzieć. Miejscami bywa on przesadny — ani słowa — ale gdzie przestrzega

  1. Jak naprzykład: qua, chiu, scio, cio, gio, mio (mijo), sia (sija), i t. p.
  2. Będzie o tem nieco poniżej. Już i Petrarce, jak zobaczymy, wyszło to na szkodę. W czasach jednak zbytniego rozmiłowania się w poezyi miłosnej, kiedy ją już byle kto uprawiał, zazdrośni o swą wyłączność Mistrze, chcąc spospolitowaniu poetyckiego kunsztu kres położyć, uciekli się do tych środków, z razu wyjątkowych, i jeszcze nie koniecznie ze zdrowym rozsądkiem pokłóconych. Mniej pojętni jednak ich uczniowie, jak zwykle bywa, właśnie to ich igranie sztuką, za jej zadanie biorąc, z lubością do ostatecznych posuwali je krańców; a tak, dziwactwo, zrazu rzadkością będące, powoli weszło na porządek dzienny — zaczem i razić przestawszy, przeciwnie owszem zwolenników mieć poczęło.