Strona:PL Faleński - Meandry (1904).djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


353.

Kiedy nareszcie w swej porze,
Odchodząc z duszą mą zwiędniałą,
Zrzucę już z siebie zdarte ciało
W prochu bezdroże —
To wtedy, powie kto, być może:
— Coś jednak w głowie tej świtało.

— Coś — a nie więcej? — temci gorzej —
 Kto inny na to powie.
— Czyż raz to komu świta w głowie —
A jednak, dzień się nie wytworzy
Z podobnie podrobionej zorzy,
Którą zrodziło pustkowie.

Cieszą się tylko płoche dzieci
Z pozłoconego widowiska.
Toćże i ognik w bagnach błyska,
I szkło promieńmi gra wśród śmieci —
Toćże i w nocy próchno świeci,
Lecz tylko zblizka.


354.

Marna to jest, nawet grzeszna chwała,
Gdy podchlebcy, twoją istność młodą,
Drogą Pychy, w pokuszenie wiodą,