Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom II.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Stanęła ciżba zbrojnych za wawrzynowemi
Drzewami. Stał ukryty między drzewy temi
I synek Klytaimnestry, co niecne te plany
Wymyślił. Gdy mój władca, przez wszystkich widziany,
Zanosił korne modły, z ukrycia wypadnie
Ta zgraja, zbrojna w miecze, i powali zdradnie
Achillowego syna, który był bez broni.
Ten cofnął się, gdyż jeszcze nie mogli mu oni
Śmiertelnych zadać ciosów, z kołka zdjął rynsztunek
I skoczył poprzed ołtarz. Straszny wizerunek
Ten rycerz cały w zbroi! I wraz też do koła
Zebranych Delfijczyków rozgłośnie zawoła:
»Dlaczego mordujecie zbożnego pielgrzyma?
Gdzież jaka moja wina? Nic was nie powstrzyma?«...
Ni jeden głos z tysiącznych nie wyrwie się głosów —
Kamienie poleciały. A on od tych ciosów
Broniący się, — głazami, niby gęstym śniegiem
Straszliwie zasypywan —, tarczy swojej brzegiem
Odpierał te zamachy, w tę i tamtą stronę
Dłoń zbrojną wyciągając. Lecz zabiegi płone.
Odrazu bowiem strzały lecą mu pod nogi,
Dziryty i oszczepy, groty i dwurogi
Bełt miga w ślad za bełtem, miecz łyska za mieczem.
Że wołu byś nim przeszył. Nikt słowem człowieczem
Nie zdoła ci opisać, na jakie się harce
Zdobywał wnuk twój, starcze! Lecz gdy go potwarce
Ścisnęli tak, że tchu mu zabrakło, w te tropy
Odskoczy od ołtarza, puści się na chłopy
Tym skokiem swym trojańskim[1] i sam ciąć ich pocznie.
I oni do ucieczki rzucą się niezwłocznie,

  1. Aluzya do skoku Achillesowego ze statku na ląd trojański.