Strona:PL Eurypidesa Tragedye Tom I.djvu/451

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jak każe zwyczaj kraju. W tem, głaźną pieczarę
Rzuciwszy, jeden z owych pocznie, jak szalony,
Trząść głową i rękami w te i owe strony
Wywijać i, przeróżne wyprawiając dziwy
Osobą swą, okrutnie wrzeszczy, jak myśliwy:
»Nie widzisz, Pyladesie, piekielnej potwory?!
Chce ubić mnie! O, patrzaj na te żmije-zmory,
Jak na mnie się rzucają! A już mnie nie puści
Ten ród ich przeokrutny!.. A tamta, z czeluści
Gardzieli ziejąc ogniem i mordem, skrzydłami
Skwapliwie wymachując, już, już jest przed nami —
W objęciach mać mą dźwiga, a i głaz z nią razem,
Ażeby mnie ugodzić tym zabójczym głazem!
Zabije mnie! Gdzie uciec?!.. Nikt-ci z naszych ludzi
Postaci tych nie widział, tylko jego złudzi,
Tak zdaje się, szczekanie psów i poryk bydła,
Że wziął to wraz za głosy, które te straszydła,
Erynje, z swego wnętrza wydawają pono,
I my, zdumieni, w jedno zbiliśmy się grono
Milczące i czekali. A ten z mieczem w ręce
Wpadł, niby lew, pomiędzy to stado bydlęce
I topi go w słabizny i w boki i bije
I kłuje, snać myślący, że ma Erynije
Przed sobą, aż od juchy szczerwieniała woda.
I każdy z nas, ujrzawszy, jak mu ginie trzoda,
Uzbrajał się, dął w konchy, by zwołać sąsiady,
Bo, zdało się, pastuchy nie umieją rady
Dwom tęgim dać młodzieńcom. I oto w te tropy
Przybiegły ku nam w pomoc rozmaite chłopy.
Wtem ścichła ta szaleństwa burza rozpasana
I przybysz padł na ziemię, z ust mu ciekła piana.
Widzący, że tak upadł dla nas w samą porę.