Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/317

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


sterczały łodygi roślin bez kwiatów, często i bez liści, ale obwieszone nasionami różnych kształtów i wielkości. A pola, zorane, albo zasłane ścierniskiem żółtem, okryte zmarszczkami zagonów, falowały po wypukłościach gruntu, hen, precz, aż pod skraje niebios, usianych obłokami, nabrzmiałemi ogniem różnobarwnym.
Zorza wieczorna stała na zachodzie, jak ściana krwawa ze szczytem, rozpływającym się w złocistość. Jej blaski rumiane i złotawe kładły się na polach i szły powietrzem nad polami, nad laskami, rozrzuconemi po wzgórzach, nad dworem zapolańskim, który wyglądał jak obrazek sielski, wymalowany na tle złoto-różowem. Naprzeciw, w stronie wschodu, wieś chłopska, długa, szara, stała we mgle liliowej, rzucając w górę kilka wstęg dymu.
Był w tym obrazie spokój wieczoru i smutek jesieni; była też piękność rzadka rzeczy prostych a wspaniałych.
Zenon patrzał na ziemię, na niebo i powoli, powoli zmysły i dusza jego zatapiać się w nich zaczęły, tak, że utracił całkowicie uczucie samotności. Nie był sam jeden, bo dokoła siebie posiadał to, co kochał. Owszem, im dłużej patrzał, tem silniej i wyraźniej stawać się z nim zaczynał ten sam proces,