Strona:PL Eliza Orzeszkowa - Melancholicy 02.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Horniczowej udręczenie, jeśli nie piekielne, to przynajmniej czyścowe. Otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale, spojrzawszy na siostrę, zlękła się i nic nie powiedziała, a po chwili dopiero rozpoczęła próby rozbijania atmosfery ciężkiej, za pomocą rozmowy — byle jakiej.
— Dziwna rzecz, jak dziś sucho w ogrodzie. Po wczorajszym deszczu niema już ani śladu.
Głos jej drżał trochę; z wyrazem przykrości niewymownej patrzała na ręce siostry, która z powolnością i delikatnością niesłychaną krajała, rozdzielała, wprost rozgrzebywała po talerzu kawałek mięsa, kiedy niekiedy niosąc do ust malutką jego okruchę. To jedzenie, fenomenalnie powolne, było lekcyą poglądową, udzielaną temu, kto jadł prędko, to jest Horniczowi, który jednak z niej nie korzystał, bo patrzał tylko w swój talerz.
— Czy mameczka była w alei brzozowej? tam, to jeszcze zupełnie mokro! — miłym głosikiem zaszczebiotała Anielka.
— A pod oficyną to tyle jeszcze wody stoi w rowku, żeśmy z Michasiem puszczali na nią łódki korkowe! — zawołał Kazio, mieszając cienki, donośny głosik z dźwięcznym głosem siostry.