Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Ostatnie nowele.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nic jeszcze. Może jest głucha. Podniosłam głos do dość wysokiej skali.
— Dziewczynko!
Nic. Wiesza szmatę swoją na sznurze i albo wołania mego nie słyszy, albo do siebie go nie bierze. Zdobyłam się na koncept i zawołałam:
— Żydóweczko!
Odwróciła twarz i wydała z gardła przeciągły, pytająco brzmiący dźwięk:
— H-a-a-a? — Słyszała więc i uprzednie wołanie moje, tylko nie brała go do siebie. Teraz, gdy powiedziałam, aby zbliżyła się, zrozumiała natychmiast, ku oknu, za którem stałam, podeszła i wnet małą ręką oczy przysłoniła, bo do zmroku nawykłe, przed blaskiem światła zmrużyły się one boleśnie. Wtedy dopiero, gdy ręka jej opadła, ujrzałam twarz, śród której ogromne, jak noc czarne oczy nad resztą rysów panowały. Włosy i oczy były szczegółami tak nad całą jej powierzchownością panującemi, że w obu nich inne prawie całkiem uwadze umykały. Była bardzo młoda, najpewniej siedemnastoletnia; chudość jej ciała, żółtość twarzy, brunatność rąk i piersi odrażały, a wśród tej całości brudnej i szpetnej, we włosach i oczach osiadła i z nich wspaniałym zdrojem tryskała poezja młodości i piękności kobiety.
— Jak ci na imię?
Milczała. W pięknych jej oczach, nieruchomo na mnie patrzących, malowało się zdziwienie.
— Jak ci na imię, kochanko?
Oczy jej zdziwiły się jeszcze bardziej, ale usta nie poruszyły się wcale. Może mnie nie rozumiała.