Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Ostatnie nowele.djvu/052

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ta, o której mówiła, z ponurem wejrzeniem, niecierpliwie, za rękaw koszuli ją pociągnęła.
Chadźmo, mamo, chadźmo! już nie rano! — Baba trąciła ją łokciem.
— A cicho-że! — zaszepleniła z takim gniewem, że aż jej małe oczy, wśród niezliczonych zmarszczek, zielonawo błyskały. — Co ty mnie z panią gadać przeszkadzasz! Widzisz, jaka znalazła się! Chadźmo! chadźmo! Idzi siabie do wszystkich czartów!
O, nie była wcale słodką ta staruszka!
— Czy to wasza córka ?
— A córka! Żeby świat takich pahanych córek nie widział! Dwa razy już szła ode mnie i dwa razy powracała... Rok i dwanaście niedziel z każdym mężem przeżyła i czart jego duszę brał...
Niezrażona, młoda kobieta zaszeptała znowu:
Chadźmo, mamo, chadźmo kończyć!...
Idzi ze wszystkiej głowy....
— Jak nazywacie się?
— Słaboszycha, pani drogieńka, Maksyma Słabosza, co kiedyś we dworze za lokaja służył, żonka...
Z temi słowy żywo posunęła się ku nam i z przykrą uniżonością, z rodzajem umizgów na zgrzybiałej twarzy, które i płacz i śmiech udawać usiłowały, w ręce całować nas zaczęła. Wzamian córka jej stała wyprostowana, ponura, na wszystko obojętna.
Chadźmo, mamo! — raz jeszcze powtórzyła, — a to tatko z miasteczka powróci i nie będzie miał czem powieczerzać!
Uwaga ta wywołała na starą wpływ niespodziany.