Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Biedna ty!... Kiedy dowiedziałaś się, że oni tacy, to już o mnie Bóg wie co myślałaś! Jednakże gdyby wszyscy ludzie źli byli, światby już chyba skończył się. Są na świecie źli, są i dobrzy, bywa na świecie źle, bywa i dobrze... Nam teraz przez całe dwa dni będzie dobrze.. dwa dni przebyć tu z tobą mogę...
Za przepierzeniem ozwało się ciche jęczenie, i Ambrożowa cicho przebiegła.
— Co to? — zapytał.
A kiedy mu o chorobie matki i o jej strasznej rozpaczy opowiedziała, zamyślił się, i rękę jej w swoich trzymając, chmurnie trochę zaczął:
— Teraz dopiero, kiedy wszystkie nieszczęścia na ciebie się zwaliły, czuję, jak okropnie chciałbym, abyś choć troszkę szczęścia skosztowała, abyśmy choć nigdy nie rozłączali się z sobą. Ale cóż? pobrać się jeszcze teraz nie możemy..
Uśmiechnął się smutnie.
— Pałacu, widzisz, kosztownego żadnego nie mam zbudowanego... matkę musimy do siebie wziąć, ale aby liczniejszą gromadą módz żyć, ani myśleć jeszcze. Nie tak tam świetnie, jakeśmy sobie ze Stasiem wyobrażali... Że kiedyś lepiej będzie, to pewna ale poczekać trzeba...
Z niepokojem na nią patrzał.
— Czy dasz sobie rady z chorą matką na karku, jeszcze rok, dwa?
— Ależ naturalnie! — zawołała.
— Poczekasz rok... dwa?...
— Mój Olesiu rzekła po krótkiem milczeniu — ja pracy nigdy nie lękałam się, ani biedy... ale pracować choćby najciężej i znosić choćby największą bie-