Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


to wyręczamy... Staś tęgi chłopiec i dobry brat... żeby był inny, nie mógłbym i teraz być przy tobie, moje ty serce ukochane...
— Boże! ja myślałam, że już nigdy...
— Co nigdy?
— Że już nigdy nie zobaczę cię nawet, Olesiu...
Zmartwiony, smutnie wstrząsnął głową.
— Głupio myślałaś! Smutno mi, że tak mało miałaś wiary we mnie. No, ale kiedy plotek narobili, to trudno! Trzeba było tylko pomyśleć, że ja nie jestem żadnym takim paniczem, co to bawi się całe życie, bałamuci kobiety, przebiera i kaprysi. Do bałamuctwa czasu nie mam, a kiedy pokochałem, to z całego serca i na zawsze. Przeprośże mnie teraz... Słyszysz, Jadziu? jak Boga kocham, przeprosić powinnaś...
Milcząc, lecz z takiem westchnieniem, jakby z łoża tortur przenoszono ją na łoże z róż, zarzuciła mu ręce na szyję, i znowu — tak jak wtedy — cała do piersi jego przylgnęła. I znowu siwe, ogniste jego oczy zatapiały się w jej oczach, a rumiane usta, na jej spieczonych od męki ustach, kładły wszystek swój płomień i wszystek swój miód.
Pierwsza przecież wysunęła się z jego objęcia.
— Słyszałeś o Władku i Józiu? — zapytała z trwogą.
Przez głowę jej przemknęła myśl, że może on nie wie, a gdy dowie się, nie zechce... Wszak ona ich siostra! Powinna więc zaraz powiedzieć mu wszystko. Ale on wiedział. Matka doniosła mu w liście o wszystkiem, więc tembardziej spieszył, aby ją pocieszyć!...