Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gdy! — głośniej jeszcze powtórzyła — ani ja pociechy i przyjaźni jego żądać, ani o pomoc do niego pisać nie będę.
Szeroko rozwierając ręce i Ambrożowej je ukazując, z uniesieniem mówiła:
— Czyste, prawda, że czyste? Przypatrzże się, że czyściuteńkie! Te czarne znaki na palcach od nakłócia igłą, a ta ciemna pręga, tu, od sparzenia gorącem żelazkiem.. a ta, tu.. od zadraśnięcia się nożyczkami... Innych plam na mnie niema i nie będzie, a jego pieniądze, za które się sprzedaje, straszna plama... Ty może tego nie rozumiesz, Ambrożowo, ale to są pieniądze wzięte za honor, za uczciwość. Ja ich nie chcę! ja ich nie dotknę się nigdy, nigdy! Jeżeli przyszle, odeszlę! Chociażby matka rozkazywała mi przyjąć, nie przyjmę, ale i ona tego żądać nie będzie... Dla mnie jest niesprawiedliwą, ale poczciwość przez całe życie rozumiała i ceniła... Ty, Ambrożowa, może tego nie rozumiesz, ale ja wolałabym umrzeć, niż jego pieniądze wziąć...
Wstała z krzesła i znowu w ściśnięte ręce uderzyła.
— I nie umrę... i pokażę im wszystkim, że ani ich miłości, ani ich pieniędzy nie potrzebuję... Choćby mi przyszło dniami i nocami szyć, choćbym musiała po domach chodzić i jak Ruchla o robotę żebrać... Lepsze to już, niżeli takie pieniądze... Ty tego może nie rozumiesz, ale wszystko lepsze, niż takie pieniądze... Kiedy szycia nie wystarczy, co innego robić będę... do sprzątania mieszkań i mycia podłóg najmę się... do noszenia wody, a kiedy dostanę szycie, cała moja dusza będzie w ręku... nigdzie, nigdzie, tylko w ręku... wszystkie inne myśli od siebie odpędzę,