Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jadwiga twarz podniosła, oczy jej ostro błysnęły.
— To do mnie tylko należy! — zawołała.
Ale Szyszkowa poprostu już w furyę wpadła.
— No, to i ciesz się! — krzyczała, — no to i zobaczysz go, jak swoje ucho bez lustra! Pojechał i jasnej panience zyg, zyg marchewka, pokazał, zyg, zyg, marchewka...
Jadwiga obie dłonie do serca przycisnęła i była bardzo blada.
— Niech mama przestanie... moja mamo, niech mama o tem nie mówi...
Ale do ciemnej twarzy Szyszkowej krew nabiegła; gniewna zachwiała się na nogach.
— Cóż? Jezus, Marya! odezwał się może, napisał?... Jezus, Marya! czy choć raz napisał?... Aha! aha... Kiedy bracia nie pisali, ty tryumfowałaś, że oni tacy źli, a ty taka dobra... dobra... Teraz... plaga egipska... Boże, zmiłuj się Ty nad nami... sama spróbuj, jak to smaczno... kiedy... kiedy... plaga egipska...
Ostatnie słowa wybełkotała prawie niezrozumiale, i znowu tak się zachwiała, że zdawało się, iż na ziemię upadnie. Jadwiga poskoczyła i w obu ramionach ją podtrzymała.
— Znowu ten zawrót głowy!... Niech mama położy się trochę...
Ale Szyszkowa umocniła się już na nogach, do zwykłej cery swej powróciła i usunęła córkę od siebie.
— Już przeszło... Jezus, Marya.. to od upału... nie powinnam kłaść się... przejść się owszem...