Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/075

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w raju. Ot cieszyłaby się mama, gdyby babunię widzieć mogła! Nigdy, nigdy, ani ona, ani my nie zapomnieliśmy dobroci, jakiej niegdyś doświadczyliśmy od babuni!
— Jaka dobroć! Jezus! Marya! Jaka tam była dobroć! — zaszamotała się na krześle swojem Szyszkowa.
— Jak to, jaka? Ileż to razy, kiedy dziadunio Szyszko żył jeszcze i był sekretarzem w zarządzie miejskim, a nasz ojciec tak ciężko zachorował i w domu zrobiła się wielka bieda, babunia i doktorowi, który odwiedzał ojca, zapłaciła, i mamie naszej albo nam to i owo sprawiła... Ani mama, ani my nie zapomnieliśmy o tem...
— Klęska! zgryzota! nieszczęście! męka! Jest o czem pamiętać! Jezus Marya! Widać, że nie macie o czem myśleć, kiedy o takich bzdurstwach myślicie...
— To nie bzdurstwa! Kiedy ja i Staś przyjechaliśmy czasem do miasta, babunia nas utulała, głaskała i zawsze cokolwiek dla chorego ojca przez nas posłała...
— Przestańcież już! Jezus Marya! wstyd, zginienie zdrowia i życia! Ot, mają o czem mleć językiem!
Jednak łzy jej do ponurych oczu nabiegały, i z żałosnem, błagającem prawie spojrzeniem zadała nakoniec pytanie, które dawno swym gościom zadać pragnęła, a wstydziła się, czy nie śmiała:
— A widywaliście się tam z Władkiem i z Józiem? a? Jez...
Święte imię, które tak często powtarzała, zadrżało i urwało się na jej ustach. Po twarzach Gi-