Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Jędza.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wyszła i prawie biegła para młodych ludzi. Jadwiga chciała bardzo parę tę zdaleka ominąć, ale było to niepodobieństwem: po obu stronach wznosiły się prawdziwe wały śniegu, i tą tylko wydeptaną ścieżką przejść było można. Więc też, mała, fertyczna, wystrojona, z rumianą buzią i zadartym noskiem szwaczka Paulina, obok której szedł młody urzędnik pocztowy, spotkała się z nią oko w oko i, przystanąwszy, zaszczebiotała:
— Oho! panna Jadwiga pełniuteńki kosz roboty odnosi! A u mnie już z miesiąc wcale żadnej nie było!
— Nie winszuję, — odrzuciła Jadwiga i chciała iść dalej, ale Paulinka drogę jej sobą zagradzała.
— Czego mi pani nie winszuje, rzekła, wyszczerzając białe ząbki: — czy tego, że roboty nie mam? Ej, to nic! Za to wesoło sobie po świecie bujam!
Młody urzędnik na śnieg patrzał, jasnego wąsika pokręcał i uśmiechał się. Jadwigę drażnił ten uśmiech; prędko więc odpowiedziała:
— Dobrego tylko końca temu bujaniu życzę!
Paulina zaśmiała się głośno i srebrzyście.
— Już jaki tam będzie koniec, to będzie, ale przynajmniej teraz do cytryny nie jestem podobna!...
Oczy Jadwigi stalowo błysnęły.
— Proszę mi pozwolić przejść! — zawołała, i poruszeniem ręki usuwając z drogi natrętną przeszkodę, dodała: — Wolę być żółtą, jak cytryna, niż brudną, jak ścierka.
I poszła, ale odchodząc, usłyszała za sobą srebrny głosik Pauliny, wymawiający: