Jakąś kamienność w swej postawie mieli...
Naraz purpurą gore strop świetlicy
I widzę oknem, tłum z wrzaskiem tu wali!...
Skoczyłem w ciżbę — toć Wilno się pali!...
Naglem ją ujrzał w ognistej pożodze,
Widziałem cudne białe Halszki łono
Zbroczone we krwi... — Bezbronnej niebodze
Biegłem na pomoc, gdy łuną czerwoną
Rozbłysło niebo, gdym dojrzał na drodze
Starca wśród tłuszczy, co pomstą szaloną
Zawyła głucho: „Hańba Arjan wierze!...
Na stos Szółkowski!... Precz, precz ztąd kacerze!”
I krwią nabiegłe widziałem źrenice,
Szały rozpaczy — nienawiści szały...
Spojrzenia nasze — serc młodych iskrzyce
W pożarnych łunach z sobą się spotkały...
Potem omdlałą niosłem przez ulice,
Jakby na rękach legł mi anioł biały,
I byłem dla niej wybawienia gońcem,
A ona odtąd niebem mem i słońcem!
I już wiedziałem teraz, że na ziemi
Bez niej mi nie żyć... I wiedziałem jeszcze,
Że odtąd mnichom szeptami cichemi
Nie zetrzeć z duszy widziadła, co pieszczę,
Jak skarb najdroższy!... Oczyma tęsknemi
Zabrała serce — a pożądań dreszcze
Żagwiły ciało — zagasł żar ofiarny;
Więc Ojciec Jędrzej[1] rzekł mi: „Duch nie karny
W tobie, mój synu!... Nie może tak ostać!...
Szatan sprośności zażegł w tobie chuci,
W oczach masz płomie. Wzorom swiętym sprostać
Nie dane tobie! — Może spokój wróci,
- ↑ O. Jędrzej Przygodzki z zakonu Tow. Jez. profesor i kierownik Kazimierza Łyszczyńskiego w kolegium wileńskiem.