Więc wzrok swój słałem tam, po nad obłoki,
Kędy się świetlne gromadzą mgławice,
By stamtąd wchłonąć w pierś płomienne słowo:
„Wszak Tyś jest władny nad światem, Jehowo?...”
I nie jak zbrodzień bluźniercze pytanie
Ciskałem w niebios bezkreśne szafiry,
Lecz chciałem sercu dać odpowiedź na nie,
By drgnęły echem myśli ludzkiej wiry,
By wyczuć duchem wieczności otchłanie,
Nie w pieniach chwalby i wonnościach myrry,
Lecz zdjąć ślepoty z oczu bielmo szkliste
I nie czczem słowem wielbić Ciebie, Chryste!
Lecz w każdym czynie iść wytkniętym szlakiem
Mądrości Twojej — co niema posłuchu,
Boć grzęzniem w bagnie obłudy jednakiem,
Boć lży brat brata, dzierżąc na łańcuchu,
Każdy drapieżnym zda mi się być ptakiem,
Żyjąc w prywaty i waśni zaduchu,
Jeśli żer zoczy — po zdobycze sięga
I własna jeno nęci go potęga.
Bluźnierstwem zowią w swej ślimaczej dumie
Te epitafium mojego wyrazy,
Których zrozumieć płytki mózg nie umie:
„Przechodniu! — Prawdy nauczą cię głazy,
Wszystko jest fałszem, co w powszednim tłumie
Świat przywykł wielbić, jak prawdę bez skazy;
Z mądrością kłamną człowiek schodzi w trumnę,
Bo wiedza mędrców, to kłamstwo rozumne!”[1]
W imieniu Tego, co na krzyżu kona
Hańbą piętnują moje czoło blade,
W oczach ich zawiść i pycha szalona
I fanatyczny wstaje Torkwemade!...
- ↑ Pomiędzy wykradzionymi przez Brzoskę rękopisami Łyszczyńskiego znajdował się szkic testamentu, w którym życzy sobie być pochowanym nie w sklepie grobowym, ale przy szerokim gościńcu a na kamieniu miał być wyryty ów napis.