Strona:PL Dzieła poetyckie T. 5 (Jan Kasprowicz).djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nabrzmiałej żądzą upojenia ludzi
szczęściem zamknięcia oczu
przed otchłaniami,
warzą bogowie nieśmiertelną somę.
Z odległych pustyń dolatywał ryk
panter i lwów,
w skłonu przejrzystą przędzę
kryło się śnieżne widmo Himawanu,
a w Madras, w bajecznem mieście,
spełniał się cud:
W rajskim ogrodzie króla
rodził się kwiat lotosu,
na który z wiarą mew,
krążących nad oceanem,
i z utęsknieniem przepiórek,
gdy się zrywają do cieplic,
czekali siwego władcy
poddani
dziewięć tysięcy lat.

Takie jest słowo tej dawnej legendy,
Którą na białym złomie alabastru
Z murów świątyni, zburzonej
przez złe, zawistne duchy,
wyrył był rylcem brązowym
riszi — pustelnik, mówiący:
»Za chwilę zagaśnie dzień!...«
A ja, co chodzę o zmierzchu
po martwem, wyschniętem polu
i, snując tę dziwną dumę o Sawitri,
patrzę, jak giną w mgłach
widne niedawno szczyty,
myślę, iż zapomnienie
to Orionu błysk,
który rozświetlił nam drogę
nocy wczorajszej
i który pozwoli nam przejść