Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T4.djvu/425

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XX.

Czekajże liro!... śpij!... Błogosławiona
Ta błyskawica jasna i rumiana!“
Tu wzięty w złote ogniste ramiona       155
Zniknął. — A mój duch uczuł wtenczas Pana.
Czeluść okropna mych ust otworzona,
Suchość i jakaś pożarność gardlana...
Pierś, która wiatru się więcéj nie bierze,
Ostrzegły... że już do piekła należę...       160


XXI.

Dysząc na konia siadłem... od popiołów
Które pożarły pieśń obsypan... w szale.
A tłum siepaczy, jakby archaniołów,
Ubrany w złoto, w bursztyn, w miedź i w stale,
W skrzydła — w moc wielką tortur, gwoździ, kołów       165
Zaopatrzony;... za mną w Wisły fale
Rzucił się gotów mordować do końca.
Wszyscy na koniach jaśniejszych od słońca.


XXII.

Ja przodem. — W czerep czarny, ołowiany,
Ukrywszy głowę moją jak w kapturze,       170
Bom w sobie uczuł wstyd nieopisany (w chmurze
Twarz mieć jak gryszpan, wzrok jak ogień,
Przypadłem w zamek jeden nad Wiślany,
Który zastałem cały już w purpurze —
Że trupy swoje wyrzezane chował.       175
Duch mój przedemną tam był — i mordował.


LXIII.

I przestraszyłem się — bo mi z pamięci
Wczora wydane rozkazy wypadły. —
Katowie stali wszyscy trwogą zdjęci.
Stali blademi przedemną widziadły;       180
Jam wrzeszczał: kto tu prędzéj niż me chęci?
Niż myśli moje? kto srożéj zajadły
Na krew Swityna niż ja, wpadł w pokoje?
Kto tu wypełnił jak Bóg — myśli moje?