Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T4.djvu/396

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


XLIV.

Taka w tém skrzydle była tajemnica!
I ludzkość! żem się spytał: — powiedz Sępie,       345
Czy was na wiatrach paląc błyskawica
Rzuciła w takie nic — i w takie strzępie?
Czyście się bili o państwo xiężyca
Idąc na siebie zastęp przy zastępie?...
Czyście tu jaki bój toczyli krwawy       350
O ścierw?... czy tylko gryźli się dla sławy?!


XLV.

Powiedz: jak nazwać to pamiętne pole
Dziś od błyskawic czerwone rumianych?
Gdzie tyle górnych duchów — dziś na dole!
I tyle skrzydeł leży połamanych!       355
Tom rzekł w nieszczęścia nauczony szkole
Litować się łez i mogił nieznanych.
A wtém ujrzałem, że rycerstwo bierze
Skrzydła i wtyka sobie za pancerze.


XLVI.

Widok ten nowy, wspaniały!... czas poźny!...       360
Błyskawic blaski wszędy!... wojsko w dali:
Gdzie każdy człowiek był jak upior groźny...
Skrzydlaty... w czarnéj rozświeconéj stali.
Wszystko tak straszne! żem dreszcz uczuł mroźny
I krzyknął: «Sława Bohu! — świat się wali!       365
Ja pierwszy moją piersią go roztrącę!
Ja duch! — a za mną — wojska latające.»


XLVII.

To mówiąc... skrzydło zmęczone i krwawe
Przypiąłem sobie tak, że hełm nakryło.
Ja biorąc skrzydła... za cel brałem sławę;       370
A oni chcieli sobie lotu siłą
Pomódz do domów... O! jakże ciekawe
Powody, które rządzą ciała bryłą!
O! jak są różne przed prawdy mistrzynią
Orły... choć wszystkie jeden hałas czynią!       375