Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T4.djvu/344

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Choć ją sztyletami rażą!
Z twarzą smętną, ale białą,
Chrystusową, choć zwiędniałą,
A ciągnącą lud do siebie        35
Niesłychanym bożym czarem.
Takim duchem i sztandarem,
Być na ziemi — jest być w niebie.

A ty jasny jakiś Panie,
Bo cię nie znam, ale słyszę,        40
Słysząc twoje wierszowanie,
Że ktoś jak perłami pisze,
Że ktoś nakształt się proroka
Stawia ludziom, — ale modny,
Jak historyk świata — chłodny,        45
Obejrzawszy świat z wysoka,
Swoje wiersze, jako cugi
Posłał na świat równym kłusem
I napełnił wóz Chrystusem,
Jak Owidjusz Faetonem        50
I rozesłał swoje sługi,
Swe kolory czcić pokłonem.

Honor myślom, z których błyska
Nowy duch i forma nowa,
Bo są światu, jak zjawiska,        55
Jako jutrznia są różowa,
Jak ogniste meteory
Stopom ludzi podesłane,
By gościńce Irydjana
Pielgrzymowi. — A my od nich        60
Bierzem ogień i kolory
I gwiazd dolatujem wschodnich.

Taką była dawniej dana
Poetyczna karm dla ludu
– Objawienie pełne cudu,        65
Myśl, jak mara niespodziana,
Z piersi naszéj wychodziła,
Na kształt gwiazdy lub miesiąca,