Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/351

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Niestety — chcieliście feileton — oto go macie... wszystko co o serce trąciło, wydało dźwięk — skargi albo zachwycenia... W spokojniejszéj chwili, wykazałbym z Nocy Letniéj, jak się rodzi nowa cudowność — różna od dawnéj greckiéj, i włoskiéj — bardziéj duchowa — która kiedyś owionie całe poemata tęczami przeczuć dziwnych... Oddech nadzmysłowego świata już jest ujęty w słowa... szmer niewidzialnego wpływu już gra w harfie poety... i wtoruje mu tak, że mimowolnie włosy na głowie powstają — i nie jest to próżna fantasmagorja umysłu; ale wszystkowidzenie serca ognistszego nad inne, ale przedarcie się śmielszego poety w świat duchów... ale pojęcie harmonji najfatalniejszych naszych czynów z myślą Boga o świecie. Takie anielskie granie lutni człowieczéj, musi nareszcie ludziom ohydzić podłość i małość — takie zwierciadła na ludzi wieczną piękność odbiją.
Noc Letnia przekonała mię o świeżości odkwitu i o życiu naszéj poezji — serce wielkie, dumne i szlachetne wstrząsa piórem poety, nagli go i wybija ciągle tętno rytmu — czasem pokazuje się nam postać jego blada i przerażona nad przepaściami ducha wisząca — czasem zdaje się, że ręce jego otwarte cały świat uścisnąć chcą i mogą. — Szyleryzm w nim ale rozumniejszy, liryzm dziwnie zlany z plastyczną twórczością — a każdy jego pomysł oderwany, widać jak się wiąże z całym światem ducha, z jakim krzykiem boleści wyrywa się na świat stworzenia, jak się krwawi odstając od słońc na wysokościach, do których był pierwszemi ćwiekami poczęcia przybity.