Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/292

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


DERWID.

A harfa?

LILLA.

Ta idzie
Za nami ojcze.

(do Lecha.)

Szlachetny rycerzu,
W twoim więzieniu został smętny starzec
Także niewinny.

(Odchodzi z ojcem.)
LECH.

Ha... to ten czarownik. —
Sygonie każ go wypuścić na wolność.       260
W ludziach anielstwa tyle że nie można
Traktować jak psów — wypuścić go z wieży.
A teraz chodźmy stroić się do walki.

(Wychodzi.)
GWINONA.

Połóżcie harfę w skrzyni cedrowéj — ta harfa
Dla mnie jest teraz Lechonem. — Nie kładzcie       265
W téj trumnie z drzewa, harfy... bo pomyślę
Że syn mój drogi Lechon w trumnie leży:
A jeśli stanie się jakie nieszczęście
Z moim kochanym dzieckiem, to przypomnę
Tę harfę w trumnie, i będę myślała       270
Że sama syna położyłam w trumnie.
Natura może stąd wziąść pochop i te
Wtrumnienie harfy, strasznie naśladować
Rzeczywistością. — Wynieście ją za mną. —
Okropny zachód słońca i te mury       275
Zdają się krwawe od promieni. — Gryfie
Dziś w nocy będzie burza — chmury warczą.
Wy się będziecie dziś bić ostatecznie.

(Wychodzą.)