Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/281

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie — ty mię straszysz — Nie wiesz sam co mówisz.
On mi się dzisiaj śnił. — O! Boże! Boże!
Na syna mego zgubę pracowałam.
Syn u Wenedów! Lechon u Wenedów!       85
Lechon — on niéma takiej córki! —

LECH.

Żono
Ja go odbiję.

GWINONA.

Trupa ty odbijesz!
O! Lechu na koń! na koń! na koń Lechu!
Wszyscy rycerze! zbierz wszystkich rycerzy!
Jeśli wrócicie żywi bez Lechona       90
Ja się zabiję — będę plwała w oczy!
Ja się zabiję... Cóż wy tchórze? na koń!

(Wybiega.)
LECH.

Niech się wykrzyczy, krzyk nic nie pomoże.
Dziś za mego Lechona, stu trupem położę.

(Wychodzi.)

SCENA DRUGA.
Błonie.
ŚLAZ wchodzi.

Moja nieboszczka matula mówiła
Że kłamstwem wyjdę na pana — to kłamstwo,
Co mi matula mówiła o kłamstwie —
Ergo: jeżeli więc mówiła kłamstwo,
Powinna była zrobić tém fortunę —       5
Umarła goła jak Lazarus — a ja
Ledwom się kłamstwem nie usalmonował
Na wieki wieków, to szczęście że jakoś
Mojego pana zrobiwszy Salmonem,
(Niechaj mu światło wiekuiste świeci)       10