Strona:PL Dzieła Juliusza Słowackiego T3.djvu/230

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


GWINONA.

Patrz na brata Czecha,
Jemu się także ty oszukać dałeś,
To też postąpił z tobą jak z dzieciną,
Sam zabrał kraje we dwóch pokonane,
A ciebie wysłał aż w północne lody.       20
Cóż, moja frygo z rozpalonéj stali,
Kto cię pokręci choć dłoń sobie sparzy,
Kontent bo ty się kręcisz za to długo.

LECH.

Widzę to czasem że mnie oszukują.

GWINONA.

Kto z boku patrzy, ten to widzi zawsze.       25

LECH.

Cóż ty ze starym zamyślasz Derwidem?

GWINONA.

Co? — Zdaj to na mnie, sam idź do sokołów;
Ty dobry w boju i na polowaniu:
Ale gdy trzeba robić, to co nudzi,
To się ty wzdrygasz. — Ty masz lwią naturę.       30
Albo spać... albo krew pić lubisz ciepłą.

LECH.

Ja to do siebie znam.

GWINONA.

Cóż mój tygrysie!
Dajże na moją już odpowiedzialność
Tych jeńców — jeśli zrobię źle, wyłajesz.

(LECH daje znak że zezwala i wychodzi.)

Gryf... przyprowadzić mi tutaj Derwida.       35

(DERWID wchodzi jako więzień z harfą w ręku. — GRYF.)

Jeszcze mu z ręki harfy nie wydarto,
Wy się boicie wszyscy tego starca.

(Przystępuje do Derwida i chce mu harfę wyrwać — Derwid podnosi harfę jakby ją chciał uderzyć.)