Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zielone było wiosny szmaragdem i puste —
Na wschodach stał leniwy klucznik z winnem gronem,
Rwąc ziarna i rzucając w śmiechu na rozpustę.
Gdy tu, owdzie ibisy ze skrzydłem czerwonem,
Z wygiętą szyją, z ciemnej wzlatując zieleni,
Wieszały się po jasnych marmurach przedsieni...
Szmaragd trawy, czerwoność ptaków, miejsca cisza
Sprawiły, że spocząłem, kąpiąc wzrok strudzony,
Jak muzyk, ostatniego gdy dotknął klawisza
I spoczął na nim, duchem całym zachwycony,
I nie wie już, czy goni wibracje[1] odległe,
Słuchowi śmiertelnemu więcej niepodległe,
Czy wraca ciałem w spokój materji, czy marzy?...
Tak byłem — nagle gęsto poczułem na twarzy
Sypany mak, a zdala piorunów deszcz głuchy...
............
I czucia te, co bolą, gdy przechodzisz w duchy...
Taki to, łowisz ze mnie!...»

To rzekłszy, poeta
Znikał zwolna, jak w błękit tonący kometa.

A Balbus jemu mówił z spokojem człowieka,
Co kończy czytać, pewny, że lampa nie czeka,
Lecz wiedząc, ile jeszcze palić się powinna...
............
«Konsulem będąc, znałem, co jest prawda gminna,
I jakie wrzątki, jakie rozruchy się szerzą;
Sprawować więc, jak bóstwa ręka dobroczynna,
Myśliłem. Wagę oną z gwiazd, co czasy mierzą,
Na łasce mojej nieraz trzymać mi się zdało,
I bez liktorów[2] miejsca przechodziłem gwarne,
Jak który bóg, nietkliwe narażając ciało
Na mdłe zamachy, znane podstępy i marne...
Poważna wzgarda rzeczy gminnych szła przede mną,
«Na bok!» wołając, — pewny mąż i konsul ze mną.
Tak szedłem raz, gdzie konia opodal trzymano,
Bo właśnie miałem zwiedzić odległe więzienie,
A dzień był piękny, ludzie, pocztę widząc znaną,
Wylegli z krzykiem: «Balbus niech ma powodzenie!»
Co ja prawicą wgórę wzniesioną dziękczynię,
A lewą cugli sięgam... Powietrze złociste
Owiało mię, rąk chmurę widziałem w lawinie,
I różnych świątyń różne chóry uroczyste,
Tu, tam błyskawicami z cieniu wyrywane.
A koń mój szalał, w bruki bijąc coraz ciszej,
Jakby na błonia wchodził wciąż zasypywane,
A ja — milczałem, czując, że nikt już nie słyszy...

VI.

«I stało się, że nagle poznałem na twarzy
Sypany mak, a zdala piorunów deszcz głuchy,
Ciemność, która jak ogień obejma i parzy,
I czucia te, co bolą, gdy przechodzisz w duchy...
Taki to Jowisz ze mnie!...»

VII.

...To Balbus rzekł. Potem,
Znikając, zwolna łączył się z poety cieniem,
Jak włókna dwu obłoków, w jeden spartych grzmotem
I osrebrzonych jednym księżyca promieniem
I znikli...

VIII.

Tu ciceron[3] sny mi przerwał tkliwe,
Mówiąc, że nas czekają osły niecierpliwe.



  1. wibracja (łac.) — drganie (powietrza).
  2. liktorowie (łac.) — w dawnym Rzymie słudzy sądowi, noszący przed najwyższymi urzędnikami topory w pękach rózg, oznakę władzy sadowniczej.
  3. ciceron lub cicerone (włos.), przewodnik, oprowadzający i objaśniający widzów.