Strona:PL Dzieła Cyprjana Norwida (Pini).djvu/082

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie płowiej skwarem słońca i nie ciemniej słotą,
Dzikie i samodzielne, sterujące w niebie,
Do żadnej czapki klamrą nie przykuj się złotą.
Albowiem masz być piórem nie przesiąkłem wodą,
Przez bezustanne wichrów i nawałnic wpływy,
Lecz piórem, którem ospę z krwią mieszają młodą,
Albo za wartkie strzałom przytwierdzają grzywy.



17. POŻEGNANIE.


I z miłości i z pieśni świat się naigrawa.
Burzę, co w głębi serca żywot nam pustoszy,
Zowią oczarowaniem sławy i rozkoszy;
Ot cierniowa to rozkosz! opłakana stawa!
B. Z.

Żegnam was, o lube ściany,
Skąd, dziecinne strzegąc łoże
Chrystus Pan ukrzyżowany
Promieniami witał zorze.
A i dzisiaj, choć dokoła
Pasorzytne pną się zioła,
Z ziół i pustek krzyż bronzowy
Błogosławi mi na drogę. —
Ostatni to sprzęt domowy,
Który jeszcze żegnać mogę,
Sprzęt domowy i grobowy...

Żegnam także i was, szyby,
Tęczowemi lśniące blaski;
Do rodzinnej wy siedziby
Tak potrzebne jak obrazki
I tak święte jak szkaplerze.
Przez was pierwszy raz ujrzałem
Wieś i niebo, przez was wierzę,
I tak wierzę, jak widziałem...

Wieś i niebo, dwa pojęcia,
Które ranny brzask umila,
Były dla mnie, dla dziecięcia.
Jak dwa skrzydła dla motyla.
Wsią i niebem żyłem cały,
O nich skrzydła mi szumiały.
A, kłos złoty biorąc z ziemi
I kłos słońca, promień złoty,
Wierzchołkami związanemi
W tajemnicze wiłem sploty
I bujałem nieujęty,
I bujałbym tak na wieki,
Lecz łza w swoje dyjamenty
Zakowała mi powieki
I strąciła w przepaść nocy.
A ciążyły te okowy
I ciążył mi chleb sierocy,
Przełzawiony, piołunowy.

Chleb sierocy, smutna dola,
Opuszczony dom i rola...

Potem sfinks, nauką zwany,
Roztoczywszy obszar skrzydeł,
Hieroglifem zapisany,
Do zgubniejszych gnał mię sideł.
A patrzyłem w skrzydła jego,
Jako w zwój pargaminowy:
Jak w rozwartą księgę złego,
Tajemnemi bitą słowy.
I dojrzałem słów ubóstwo
Wśród czarnego głosek stada,
Co, jak wielkie kawek mnóstwo
Boju myśli plac osiada
I odleci, a zostanie
Blada kość i piasek blady.

Smutne grzechu panowanie,
Marna rzecz i marne ślady.

Potem jeszcze świat wesoły,
Bo wesołym się być mniema,
I ci ludzie, pół-anioły,
Gdy aniołów całych niema.
Potem jeszcze miłość czysta,
Umarłego cień rycerstwa,
Za urocza i za mglista,
By w nią wierzyć bez szyderstwa.
Potem jeszcze przyjaciele
Litościwi i oszczerce,
Co na złe lub dobre cele
Odważają się mieć serce.
Ci i tamci równie biedni,
Tem nad zwykłą stojąc rzeszą,
Że, gdy znudzi świat powszedni,
Dokuczają albo cieszą.
A to w snach przedpołudniowych
Miło widzieć, w snach młodości,
Że bez celów rachunkowych
Udzielają — chociaż złości.
Biedni ludziel! — niech im cnota
Rozpromieni noc żywota.

Cóż więc jeszcze dodać mogę,
Bym zapłakał, idąc dalej?
Spojrzę oto na podłogę:
Kędym pełzał, pełza szaléj,
Kędym dumał, krzew pamięci
Lazurowem błyska okiem,
Jak ci młodzi wniebowzięci,
Dumający za obłokiem.
I krzyż tylko zardzewiały
Na wezgłowiu mchów zielonych,
I te szczątki, co zostały